ricz1

Adoptuj psa, a potem… (nie) żałuj

Pieskie życie

I stało się – pod wpływem emocji, programu w TV, zdjęcia jednej z fundacji czy gruntownie przemyślanej decyzji – adoptowaliśmy psa. Wyciągnęliśmy bidulka zza krat, merdał przy tym wesoło ogonkiem, my uroniliśmy kilka łez szczęścia. Po przyjeździe do nowego domu i wsunięciu pełnej miski świeżego mięska wyleguje się błogo na swoim pachnącym cieplutkim posłanku, i będziemy teraz żyli długo i szczęśliwie. Czyżby?

Każdy (normalny) człowiek ma sumienie – i ciężko nie ulec wpływowi akcji promujących adopcje psów, zdjęciom prozwierzęcych fundacji, na których zza zimnych zardzewiałych krat wystaje mały nosek. Celebryci dają przykład i sami adoptują, a w skrajnych przypadkach jesteśmy przekonywani, że bardzo niefajnie jest kupić szczenię z hodowli, podczas gdy tyle potrzebujących psów czeka w schronisku.

Adopcja psa nie powinna być jednak spowodowana impulsem. Nie każdy poradzi sobie z problemami, jakie mogą czekać nowego właściciela. Psy ze schroniska w dużej mierze mają za sobą bardzo traumatyczne doświadczenia, które zostają w ich psychice na długie lata. Bywają nieufne, wycofane, cierpią na lęk separacyjny, mogą reagować agresywnie w sytuacjach, w których nie mogli ich sprawdzić opiekunowie w schronisku. Nie jest znane ich pochodzenie, a co za tym idzie – mogą cierpieć na różnego rodzaju choroby genetyczne, o których nikt nas nie powiadomi. Każda fundacja, schronisko czy tymczasowy opiekun powinien uprzedzić o tym potencjalnego właściciela. Powinien, co nie znaczy, że to zrobi… Miałam kiedyś przez kilka miesięcy pod opieką psa, który trafił do mnie ze schroniska na tzw. dom tymczasowy. Psiak bardzo wesoły, łagodny, sympatyczny. Idealny przy pierwszym poznaniu. Dopiero po zamieszkaniu u nas „wyszło szydło z worka” – okazało się, że pies ma silny lęk separacyjny, wył zawsze kiedy zostawał sam, nienawidził ograniczania przestrzeni, wygryzał dziury w drzwiach, przeskakiwał przez wysoką bramę, a do tego miał wieczną biegunkę i w licznych badaniach nie mogliśmy ustalić jej przyczyny. Pani z fundacji zabroniła mi mówić o tych „niespodziankach”, stwierdzając, że w przeciwnym razie nigdy nie znajdzie mu nowego domu…

A szkoda. Bo każdy ma prawo wiedzieć, co go czeka. Mamy dziś naprawdę szeroki dostęp do dobrych behawiorystów, którzy pomogą uporać się z problemami typowymi dla doświadczonych przez los psów.  Możemy bardzo dokładnie przygotować się na nowego członka rodziny i to nie tylko, kupując mu wyprawkę, ale przede wszystkim – uzupełniając wiedzę. Największą traumą dla adoptowanego psa jest powrót do schroniska… powrót za te zimne zardzewiałe kraty, po tym jak przez kilka dni miał własny cieplutki kąt, codzienne spacery i miskę pełną smakowitości. Jeśli decydujesz się na adopcję, nastaw się na to, że nie będzie kolorowo.

Warto poprosić tymczasowych opiekunów o pomoc w wyborze – tak zrobiłam ja 1,5 roku temu. Nie miałam w planach adopcji psa, w końcu mam swoje stadko uroczych chihuahua, do tego przeróżne psy pod codzienną opieką. Kiedy jednak w samochodzie hycla zobaczyłam ten chudy czarny pyszczek, zakochałam się. Rita nie chciała wyjść mi z głowy przez 2 miesiące,  w końcu zadzwoniłam do schroniska i wyciągnęłam o niej tyle informacji, ile wolontariuszka była w stanie mi udzielić. Nie było to wiele, wystarczyło jednak, żebym podjęła decyzję o zapoznaniu się z Ritą bliżej. Pojechaliśmy do schroniska z dwoma naszymi psami, zabraliśmy garść przysmaków i wybraliśmy się z Ritą na spacer.

schronisko
Rita podczas naszej wizyty w schronisku

Pokazała się z bardzo dobrej strony – była bardzo przyjacielska, nawet podczas jedzenia nie wykazała żadnej agresji, nie ciągnęła na spacerze, dobrze jej z oczu patrzyło. Kilka dni później była z nami. Pierwszy problem – panicznie bała się wejść do domu, o dziwo po kilkunastu minutach strach minął. Spryciara otwierała sobie każde drzwi (oczywiście trochę je przy tym odrapując), na szczęście to mądry pies i po zamontowaniu wszędzie zamków z kluczem zorientowała się, że skakanie na drzwi nie pomaga. Najbardziej zmartwiłam się, kiedy zobaczyłam jak warczy na psa, który podszedł do jej miski – ten problem też minął, kiedy po kilku dniach dotarło do niej, że u nas jedzenia nie zabraknie (nadal jest oczywiście ogromnym łasuchem).

Nowy dom - nowi przyjaciele
Nowy dom – nowi koledzy

duo

Miała problem z przychodzeniem na zawołanie, jak złapała trop w lesie, ciężko było ją przywołać – pomogło kilkunastodniowe szkolenie na długiej lince z kieszeniami wypchanymi przysmakami. Pozostał wciąż problem skakania na obcych (tak z radości). Na mnie i na członków rodziny już nie skacze. Rita jest kochanym i bardzo mądrym psem, szybko uczy się nowych sztuczek. Nie żałuję ani trochę decyzji o jej adopcji. Nigdy też nie brałam pod uwagę oddania jej z powrotem do schroniska.

Od 2 tygodni z nami

Absolutnie nie mam zamiaru nikogo odwodzić od decyzji o adoptowaniu psa. Wiadomo nie od dziś, że te adoptowane kochają najmocniej. Najmocniej też jednak mogą dać w kość nowemu właścicielowi. Adopcja Rity była świetną decyzją i jestem pewna, że kiedy pewnego dnia nie będzie jej już z nami, adoptuję kolejnego. Adopcja musi być świadomą decyzją, z psiakiem wcześniej dobrze jest się zapoznać, a do domu zabrać go z pełną odpowiedzialnością. Zakładając z góry, że nie od razu będzie kolorowo, wykluczamy możliwość oddania go z powrotem jak nietrafioną zabawkę.

Poprzedni wpis
Jak pomóc psu spokojnie przetrwać Sylwestra?
Następny wpis
Cesar Millan – kontrowersyjny zaklinacz psów wkrótce w Polsce
  • Byłem ostatnio na charytatywnym biegu w schronisku w Gliwicach – przyjechało sporo osób i każdy brał jakiegoś psiaka na spacer.

    Mój główny problem był taki, że czasami wciskano potem te psiaki. Pobiegałem z jednym – całkiem dobrze się dogadywaliśmy, a pracownicy schronisku od razu ”no to teraz już trzeba psiaka brać do domu!”.

    Mam zdanie podobne jak Ty – adopcja powinna być przemyślana, tak samo jak zakup psa. Wiadomo, że prawdziwy psiarz po wizycie w schronisku najchętniej wróciłby ze wszystkimi zwierzakami do domu, ale tak po prostu się nie da.

    Można pomagać na różne sposoby – nie zawsze musi to być adopcja.

    • Pracownikom schronisk zależy na tym żeby jak najwięcej psów „wyadoptować”, i nie ma się co dziwić – w końcu większość domów jest lepsza niż przytulisko. Tyle że takie niekiedy wciskanie psiaka poprzez wpływ na sumienie nie powinno mieć miejsca… Z jednej strony schroniska zazwyczaj oddają psa każdemu kto się zgłosi do adopcji, z drugiej strony domy tymczasowe czy fundacje stosują często bardzo wnikliwe wizyty przedadopcyjne, sprawdzają warunki, wypytują o wszystko. Skrajności, brak złotego środka. Wydaje mi się że fajnie byłoby gdyby każdy potencjalny właściciel był uświadamiany o tym, jakie konsekwencje może nieść ze sobą adopcja psa. Zbyt wielu ludzi podchodzi do tego lekko, z myślą że „najwyżej oddamy z powrotem”…

  • Temat adopcji i domów tymczasowych nie jest mi obcy. Wiadomość o Nerze spłynęła na mnie bardzo szybko. Właściwie dostałam tylko wiadomość „Klaudia, mamy fajnego biszkoptowego labradora, samca. Tak właściwie to on już stoi pod Twoimi drzwiami.” Ucieszyłam się – bardzo. Przez wiele lat marzyłam o labradorze, wiedziałam wszystko na temat rasy, spotkałam dziesiątki różnych labów, byłam zakochana po uszy. W głowie miałam wykreowany obraz swojego idealnego psa. Niestety, nero nie był nim wtedy nawet w jednym procencie.
    Nic o nim nie wiedziałam, każda normalnie myśląca osoba pewnie by go oddała… tylko gdzie? Oprócz problemów (długich, szerokich i głębokich) z zachowaniem, miał też bardzo poważne problemy zdrowotne. O ile teraz z jego nawykami nauczyłam się żyć, a to co się dało – wypracowałam, o tyle kłopoty zdrowotne cały czas się pogłębiają.
    W adopcji psa nie powinniśmy kierować się sercem, tylko rozumem.

    • Dokładnie tak, niejedna osoba na Twoim miejscu oddałaby psa, a ten miałby traumę do końca życia… Rozum powinien iść w parze z sercem, do tego duża dawka cierpliwości i jakieś przygotowanie merytoryczne, jak sobie radzić z ewentualnymi problemami. U mnie z adopcją Rity przeważyło jednak serce, rozum podpowiadał że przy tylu psach lepiej nie brać kolejnego. Tak czy inaczej „sprawdziłam” ją wcześniej na ile było to możliwe, wiedziałam też od razu że co by się nie działo to nie wróci do schroniska.

Komentuj wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *